Toga sine qua non?

Posted on

Ostatnio, przy różnych okazjach, miałam możliwość poznania więcej niż zwykle osób spoza tzw. „naszej branży”. Innymi słowy osoby, które zawodowo zajmują się czymś zupełnie innym, niż prawem. I bardzo zaciekawiły mnie reakcje, kiedy – na pytanie czym się zajmuję – mówiłam, że jestem „prawnikiem”.  

Reakcje były przeróżne. W odpowiedzi słyszałam m.in. „no to grubo”, „czyli grzebiesz w brudach innych”, „dobrze, że mam czystą kartotekę” czy „byłaś na sekcji zwłok?” lub „rzeczywiście w tych sądach aż tak źle się dzieje?”. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że wszystkie te odpowiedzi i reakcje są do siebie bardzo podobne i w zasadzie potwierdzają utarty w naszym społeczeństwie wizerunek prawnika.

Prawnik to koniecznie procesualista, cywilista lub karnista, wygłaszający kwiecistą mowę w sądzie, noszący pod pacha tomy akt i zajmujący się albo rozwodami albo wsadzaniem złoczyńców za kratki lub wyciąganiem ich stamtąd. W gruncie rzeczy wcale mnie to nie dziwi. Przecież tak właśnie przedstawia prawników większość prawniczych seriali (przynajmniej tych naszych rodzimych – patrz: „Magda M”, „Prawo Agaty”, „Chyłka”). Dobrze, że codzienny realizm tej profesji odsłania na #slowlaw Monika 🙂  

Ja natomiast chciałabym podkreślić, że „bycie prawnikiem” zawiera w sobie nie tylko togę i wokandy, ale cały kalejdoskop innych możliwości. Negocjujemy umowy i sprzedajemy spółki. Mediujemy. Pracujemy naukowo. Zajmujemy się podatkami. Zatrudniamy i zwalniamy pracowników. Opiniujemy na zgodność z prawem produkty i usługi. Pracujemy jako tzw. „in house lawyers”, czyli prawnicy firm, w administracji publicznej, w organizacjach pozarządowych, realizując nierzadko swoje pasje (zobaczcie wywiad #slowlaw z Karoliną Kędziorą i Krzysztofem Śmieszkiem czy Karolina Kuszelewicz), w końcu także jako prawnicy „kancelaryjni”, zajmujący się codzienna obsługą biznesu. I niekoniecznie wszyscy zajmujemy się „litygacją”. Sama też do tej grupy prawników należę i ubolewam, że stworzono o nas tak mało seriali 😉 (na myśl tutaj przychodzi mi chyba tylko „W garniturach” – no właśnie, tytuł także znamienny, bo nie „W togach” ;-)).     

Kolejną refleksją, jaka mi się pojawiła, była myśl, że procesowe postrzeganie prawników jest ugruntowywane nie tylko na zewnątrz, tj. w tym jak jesteśmy odbierani w społeczeństwie, ale także od wewnątrz, we własnym środowisku i to u zarania zawodu tj. poprzez przekaz, jaki o zawodzie dostajemy w trakcie studiów, a w zasadzie o jego braku.

Nie wiem, jak to wygląda dzisiaj, ale „za moich czasów” nikt na studiach nie pokazywał nam jakoś szczególnie różnych perspektyw. Nikt nie odczarowywał stereotypów i nie przedstawiał realiów. Od początku do końca studiowaliśmy prawo w przeświadczeniu, że z dyplomem magistra prawa właściwa jest tylko jedna ścieżka – aplikacja, a potem toga i wokandy. Oczywiście – to naturalna ścieżka adeptów prawa, ale byłoby miło wtedy dowiedzieć się, że są też inne, ciekawe opcje. Tymczasem kto myślał inaczej – czuł się „odmieńcem”. Ja również byłam trochę takim „odmieńcem”. Wiedziałam, że chcę praktykować prawo, ale nie w sądzie. Interesowało mnie zawsze bardziej prawo publiczne, niż prywatne, ale od nikogo nie otrzymałam żadnych drogowskazów. Nikt na studiach nie dzielił się swoim doświadczeniem.

Dziś – dzięki kilku sprzyjającym okolicznościom i odpowiednim życiowym decyzjom (nie zawsze zresztą zawdzięczanym tylko sobie) – jestem „prawnikiem regulacyjnym”. Bliżej mi do doradcy biznesowego, niż do typowego cywilisty lub karnisty. I mogę powiedzieć, że miałam szczęście, że mogę realizować się w bliskich memu sercu obszarach prawnych. Wiem też, że nie każdy kolega czy koleżanka po fachu mogą powiedzieć to samo. Być może dlatego, że mieli mniej szczęścia lub po prostu dlatego, że w odpowiednim czasie nie było nikogo, kto by upewnił ich w tym, że „można inaczej”.

Dlatego chciałabym dziś wykrzyczeć głośno na każdym wydziale prawa w Polsce, że studiowanie prawa daje wiele różnych możliwości, że pasjonujących ścieżek jest wiele i niekoniecznie wszystkie muszą kończyć się na sali sadowej. A co najważniejsze, że warto iść za swoimi zainteresowaniami, bo – jak powtarzamy na #slowlaw do znudzenia – najcudowniej jest wtedy, gdy praca jest jednocześnie pasją. I tego Wam kochani życzymy!   

6 Comments

  1. Joanna says:

    Zgadzam się. Będąc na studiach dopuszczałam możliwość pracy w spółce, korporacji, albo po prostu zwykłej spółce, szukałam też tam praktyk i zatrudnienia, pracowałam też tam. Zrobiłam aplikację radcowską, by nie zamykać sobie możliwości. No i skończyłam jako typowy procesualista w indywidualnej kancelarii 🙂 nie miałam wtedy za bardzo innego wyjścia, ale ogólnie nie żałuję, bo lubię to grzebanie się w procesach, rozwodach itp. No i teraz zasuwam w todze. Tak więc życie weryfikuje

    1. Aga says:

      No i też jest pięknie 🙂 Dziękujemy za komentarz.

  2. klaudia says:

    czekam w takim razie na post odnośnie możliwych do obrania ścieżek kariery w zawodzie prawnika, ponieważ ja jeszcze stoję przed możliwością takiego wyboru, a na studiach też tylko sąd i toga 😛

    1. Aga says:

      Kilka opcji zostało wskazanych w poście. Może coś z tego by Cię zainteresowało? Myślę, że warto na pewno kierować się swoimi indywidualnymi zainteresowanymi. A zacząć od pytania: czy chcę pracować w sądzie? Jeśli tak – ścieżki są naturalne (aplikacja). Jeśli nie – kolejne pytanie o dziedzinę. Czy bardziej praca w instytucjach publicznych czy może w biznesie, a może w organizacjach pozarządowych. Zawsze warto na studiach odbyć staż w różnych miejscach (nie tylko w kancelariach) i zobaczyć jak może być ciekawie (np. działy prawne w firmach, organach administracyjnych itd.). Warto też kierować się tym, co Cię na co dzień ciekawi, co jest bliskie Twojej pasji. To takie ogólne wskazówki. Co człowiek to inna historia. Powodzenia i czekamy na relację! 🙂 Aga

  3. Agnieszka says:

    Przygotowuje się do wstępnego, ale z tyłu głowy mam plan b – pracę jako prawnik w insytucji/przedsiębiorstwie. Pani Agnieszko, jest Pani tak pozytywną osobą – po wysłuchaniu podcastu „w drodze do kancelarii” – miałam wrażenie, że Pani cały czas się śmieje/uśmiecha. Sama się do siebie uśmiechałam w trakcie słuchania:) A co do Pani pracy, świetnie, że ma Pani taką specjalizację, w której jest Pani praktycznie jedyna – do tego stopnia, że gdy w pracy, piszę jakieś pisma, to jedynym komentarzem, z którego korzystam do UBŻ jest komentarz pod Pani redakcją:) Fajnie, że pokazuje Pani inne oblicze prawników. Na studiach nadal nikt o tym nie mówi, a i wśród studentów stwierdzenie, że ktoś nie idzie na aplikację, powodują wielkie oczy:)

    1. Aga says:

      Pani Agnieszko, są takie momenty kiedy czujemy się tak, jakby ktoś nam różę przez okno wrzucił. Tak właśnie się poczułam czytając Pani komentarz 🙂 Bardzo dziękuję za te przemiłe słowa! Nic tak nie motywuje do działania, jak poczucie, że to co robimy ma sens, że jest to dla kogoś pomocne. Życzę, by poszła Pani właściwą dla siebie drogą, przy czym proszę pamiętać, że aplikacja i praca w instytucji/przedsiębiorstwie wcale się nie wykluczają. Trzymam kciuki na egzaminie 🙂

Leave a comment

Your email address will not be published.

Wyrażając swoją opinię w powyższym formularzu wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Centrum Prawa Żywnościowego A.Szymecka-Wesołowska D.Szostek sp. j. Twoich danych osobowych w celach ekspozycji treści komentarza zgodnie z zasadami ochrony danych osobowych wyrażonymi w Polityce Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Centrum Prawa Żywnościowego A.Szymecka-Wesołowska D.Szostek sp. j. z siedzibą w Warszawie.

Kontakt z Administratorem jest możliwy pod adresem biuro@food-law.pl.

Pozostałe informacje dotyczące ochrony Twoich danych osobowych w tym w szczególności prawo dostępu, aktualizacji tych danych, ograniczenia przetwarzania, przenoszenia danych oraz wniesienia sprzeciwu na dalsze ich przetwarzanie znajdują się w tutejszej Polityce Prywatności. W sprawach spornych przysługuje Tobie prawo wniesienia skargi do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych.