Po pierwsze – człowiek

Posted on

Czy studiowanie prawa to tylko kodeksy, kolokwia i paragrafy? Absolutnie nie! O tym jak ciekawie – i z korzyścią dla innych – można spędzić ten okres, opowiedziała nam Joasia Lasek – tegoroczna absolwentka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. I nie mówimy tu wcale o praktykach w kancelariach prawnych ani wyjazdach na Erasmusa. Zresztą…. przeczytajcie sami 🙂

*****

Slowlaw: Joasiu, jesteś świeżo upieczonym magistrem prawa. Bardzo ciekawi nas jak to jest dziś wyjść z wydziału prawa „po raz ostatni”. Czy Ty i Twoi koledzy, koleżanki z roku dokładnie wiecie, co chcecie robić dalej, czujecie, że prawo dało Wam mocny kapitał i z ekscytacją patrzycie w przyszłość, czy może ogarniają Was wątpliwości i poczucie niepewności? Jak to jest?

Joasia Lasek i Joasia Kosicka – założycielki Komitetu Ochrony Praw Dziecka

Joanna Lasek: Koleżanka kiedyś zapytała mnie, czy pamiętam kiedy ostatni raz wyszłam z piaskownicy, albo chociaż moment, gdy zostawiłam piłkę na środku boiska szkolnego i już po nią nie wróciłam. I tutaj taka pustka, bo nie pamiętam. A myślę, że moment ostatniego zamknięcia dużych, szklanych drzwi wydziału będę już zawsze miała z tyłu głowy. To przecież te drzwi, na których raz w tygodniu wieszałam plakat z informacją o spotkaniu koła naukowego.

Może to dziwnie zabrzmi, ale ja nie chciałam kończyć studiów i gdy przyszedł już ten moment byłam pewna, że prawo zapisało się w moim życiu dużymi literami i będę kontynuować tę drogę. Wizualizowałam sobie siebie w todze prokuratorskiej i adwokackiej tak na przemian, bo nie do końca wiedziałam jeszcze, którą ścieżkę wybiorę. Po studiach byłam w stu procentach przekonana, że ja chcę przede wszystkim widzieć innych ludzi i wiedzieć jak im pomóc, a przecież o to głównie chodzi w zawodzie prawnika. To dla mnie jest wygrana! Czułam, że jeśli nie prokuratura, to pewnie będę specjalizować się w prawach imigrantów, prawie rodzinnym albo medycznym.

Mnie osobiście ogarniała ekscytacja, bo wiedziałam, że to jest mój czas i będę dalej zmierzać do tego, by robić w życiu, to co naprawdę mnie pasjonuje. Ale miałam też duży znak zapytania z tyłu głowy, czy się uda. Obecnie na zmianę pracuję w kancelarii i uczę się, by kiedyś być prokuratorem, bo nie jestem jeszcze pewna, która ścieżka jest moją.

Nie wszyscy znajomi zamykając drzwi wydziału, wiedzieli, dlaczego je kiedyś otworzyli po raz pierwszy. Wielu z nich robi sobie rok przerwy, by przemyśleć, co dalej. Polało się też kilka łez, bo ktoś niekoniecznie widzi siebie w todze i te pięć lat były dla niego niepotrzebną walką. Ale jest też dużo takich osób, które czują ogromną dumę z siebie i zaraz po obronie wbiegły do sklepu spożywczego po energetyki, a później ubrały się w dres i uczyły intensywnie do egzaminu na aplikację.

Slowlaw: To wróćmy w takim razie na studia. W trakcie studiów byłaś bardzo zaangażowana w działalność prospołeczną. Byłaś współzałożycielką dwóch kół naukowych: Klub Debat Studenckich i Komitet Ochrony Praw Dziecka. Szczególnie zainteresował mnie ten drugi kierunek, bo działalność na rzecz dzieci w środowisku studenckim nie jest chyba szczególnie powszechna. Skąd ten pomysł?

JL: Zawsze miałam taką potrzebę robienia czegoś więcej, poza ramą, czegoś, co mnie dopełni, będzie definiować. Na studiach spotkałam dziewczynę, która miała nie tylko takie samo imię jak ja, ale i usposobienie, co więcej też była na wolontariacie w Afryce i kochała dzieci. Obie byłyśmy jak gąbka, chłonęłyśmy ludzi i ich problemy. Egoistyczną radość przynosiło nam pomaganie.

Któregoś dnia zapytałam Asię, czy zakładamy organizację zajmującą się prawami dziecka i nie czekałam długo na odpowiedź, po dwóch sekundach usłyszałam: „pewnie”. A później tę samą odpowiedź słyszałyśmy z ust naszej opiekun – dr Julii Kapelańskiej – Pręgowskiej oraz dziekana wydziału prof. Zbigniewa Witkowskiego. Zaczęłyśmy działać z ogromnym rozmachem i bardzo szybko byłyśmy zauważone. Dwie kolorowe dziewczyny w trampkach o idealistycznych poglądach, które zawsze chciały być dla każdego dostępne 24 godzin na dobę.

Nigdy nie zamykałyśmy drzwi, otwierałyśmy okna. Na spotkania zaczęło przychodzić bardzo dużo studentów, bo byłyśmy energiczne, miałyśmy tysiąc pomysłów na minutę i to się naprawdę udawało. Zapraszałyśmy prelegentów: od onkologów, psychiatrów, psychologów, poprzez prawników, działaczy społecznych, przedstawicieli organizacji aż po osoby medialne, terapeutów. Współpracowaliśmy z Amnesty International i Fundacją Mam Marzenie. Największą radość przynosiły nam zbiórki charytatywne robione dla domów dziecka i zaprzyjaźnionego domu samotnej matki. Co roku organizowałyśmy też dzień dziecka. Wyobrażasz sobie grupkę trzydzieściorga dzieciaków maszerujących po wydziale?! Robiło się tam naprawdę kolorowo! Komitet to było wyjątkowe, trochę abstrakcyjne miejsce, bez drzwi, okien, czy ścian. Dzięki temu studiowanie nabrało innego wymiaru 😊

Slowlaw: A jakie inicjatywy Komitetu uważasz za szczególnie wyjątkowe? Które z nich dały Ci najwięcej radości?

JL: Przepiękne były przede wszystkim wszystkie etapy zbiórek charytatywnych. Pamiętam, gdy z koleżanką Olą rozwieszałyśmy plakaty, dyżurowałyśmy w sali i odbierałyśmy telefony, by umówić się z kimś, aby mógł nam podrzucić prezenty w najlepszym dla siebie terminie. Momenty, kiedy ludzie podawali zabawki, środki czystości, zeszyty, pracownicy wydziału zostawiali mi, Asi i pani doktor torby z rzeczami dla dzieciaków. A na sam koniec Viola segregująca pudła, których zawsze było bardzo dużo i radość w oczach pań odbierających je od nas. Towarzyszyła temu zawsze satysfakcja i spełnienie.

W mojej pamięci zapisało się też szczególne seminarium „Mamo, tato za wcześnie na mój pogrzeb”. Psycholog i onkolog tłumaczyły nam, studentom w przepiękny sposób ten trudny etap odchodzenia. Dokładnie pamiętam, gdy dr Rębiałkowska- Stankiewicz puściła bajkę, którą napisał chłopiec chory na raka. Było w niej dużo smutku, ale i nadziei, łzy lały się strumieniami.

Trafioną decyzją była też współpraca z Fundacją Mam Marzenie i wspaniałą panią Jolą, która zawsze miała w głowie jedno pytanie: „jak pomóc?”. Razem z Dziekanem Wydziału przygotowywałyśmy Dzień Dziecka pn. „Poczytaj mi Profesorze”, w którym uczestniczyło trzydzieścioro dzieciaków. Niesamowite rzeczy działy się na tym wydziale: przebrana profesor Katarzyna Witkowska wspaniale intonująca bajkę, dziekan wydziału i prorektor rozśmieszający do łez dzieciaki i nasza kochana, niezastąpiona opiekun angażująca się w każdy szczegół tego przedsięwzięcia. Takich momentów było multum.

Slowlaw: Czy wspierałyście też studentki-matki? Za moich czasów ciąża na studiach to była rzadkość. A jak to teraz wygląda?

JL: Nadal ciąża na studiach to rzadkość. Ja osobiście nie spotkałam studentki – matki, a gdyby była możliwość pomocy pewnie byłybyśmy otwarte. To chyba największa duma być mamą.

Slowlaw: A były jakieś rozczarowania? Nie żałowałaś, że zamiast pracy nad ulotkami i organizacją eventów (zapewne w przerwach między jednym kolokwium a drugim), nie spędzasz czasu z przyjaciółmi w kinie czy na dyskotece?

JL: Rozczarowania? Nie, nie było żadnych rozczarowań, chociaż… Była jedna słabsza sytuacja. Byłam wtedy pomysłodawczynią i organizatorką dwudniowej, ogólnopolskiej, interdyscyplinarnej wypchanej po brzegi prelekcjami od rana do wieczora konferencji. Wszystko przygotowane perfekcyjnie od prezentów dla prelegentów poprzez oprawę muzyczną aż do niesamowitego programu.

Miałam takie założenie, żeby słuchacze czuli się jak w domu, ozdobiliśmy wielkie audytorium balonami, na każdym miejscu były pierniki z napisem „dziękuję, że jesteś”, była etiuda teatralna, warsztaty chóru s(Praw) dziecka. Spadło wtedy na mnie mnóstwo zadań, których nie umiałam wyegzekwować od innych organizatorów i…. z konferencji zabrało mnie pogotowie. Przepracowałam się. Było potem jednak mnóstwo telefonów z pochwałami, że to najbardziej dopracowana konferencja, liczne gratulacje i wyrazy uznania, a więc porażek nie ma.

Slowlaw: Mam nadzieję, że od tamtego incydentu zaczęłaś myśleć więcej o sobie? W końcu, żeby móc pomagać innym, trzeba najpierw zadbać o siebie. A propos, czy wyjazd do Zambii na pięć tygodni na wolontariat był przed czy po tej konferencji? Studenci zazwyczaj wyjeżdżają na stypendia naukowe, poznają swoich rówieśników z innych krajów, dobrze się bawią. Ty wolałaś pojechać do Afryki i opiekować się dziećmi. Opowiedz proszę to tym więcej.

JL: Wyjazd do Afryki był przed konferencją. Dokładnie na trzecim roku studiów usłyszałam o naborze na wolontariat. Na samą myśl ściskało mnie z radości w żołądku. Nie wiem dlaczego, ale miałam taką pewność, że to właśnie ja pojadę. Wzięłam udział w dwóch etapach rekrutacji i dostałam maila pod tytułem: „wygrałaś życie.” Wtedy naprawdę czułam się spełniona pod każdym względem. Miałam w sobie tyle energii, że mogłabym obiec kulę ziemską jednego dnia. Pomiędzy jedną stroną kodeksu a drugą biegłam do kościoła na zbiórkę, robiłam szczepienia, spotykałam się z grupą. Brakowało w tym wszystkim czasu na oddech, ale ja lubiłam ten bieg.

Afryka okazała się dla mnie rekolekcjami, to miejsce gdzie poznajesz nie tylko ludzi, ale siebie i swoje słabości. Widzisz jak daleko Ci do ideału. Codziennie przez siedem godzin pracowaliśmy na farmie, a potem z największą radością biegliśmy do sierocińca opiekować się dzieciakami, które wynagradzały nam tę pracę. Ja zawsze się śmieję, że kupiłam bilet w jedną stronę, bo jak wracasz to jesteś już trochę zambijski, trochę naznaczony, trochę bardziej umięśniony, o jeden kręgosłup więcej.

Pięć tygodni w Afryce to jak zjeść po raz pierwszy chleb, wpatrywać się w ludzi jak w arcydzieło i dostrzec swój drobny świat. Tam jeździ się po przeciwnej stronie drogi i księżyc się do Ciebie uśmiecha, a przy każdym zachodzie słońca stajesz i czujesz jakbyś wygrał życie od nowa, jakby w Tobie rodziła się jakaś nowa część, o której nie potrafię Ci teraz opowiedzieć.

Wolontariat przyniósł też tęsknotę za malutką Priti biegnącą w moją stronę i krzyczącą: I love You Asia. Tęsknotę za prostym, banalnym światem, bez wielkich oczekiwań. Światem, w którym fajnie jest po prostu być. Dobre jest to, że jesteś jego częścią i złapiesz kogoś obcego za rękę.

Wolontariat uczy pokory i zostawia bardzo charakterystyczne znamię w sercu, taki most łączący Europę z Afryką. Przed wyjazdem mówiłam: „tam ludzie są dla ludzi”. I potwierdzam te słowa. Oni mają taki piękny zwyczaj, że mówią do każdego spotkanego w sklepie, na ulicy: „Hi. How are u?” Piękne jest też to, że gdy komuś coś się stanie (np. przewróci się i potłucze kolano) i nieważne, czy jest to z Twojej winy czy nie, zawsze mówisz: „sorry, sorry, sorry”.

Dzieciaki tam mają tyle radości w sobie, wdzięczności za swoje życie. Szczególną miłością darzę jedną z dziewczynek Poline, która pisała do mnie codziennie listy: „I thank God to have a good friend like you. You are like my Mum”. Afryka zostawiła we mnie też takie morze pomysłów i ciągłą chęć walki o ludzi i robienie czegoś dla kogoś po prostu.

Na przykład teraz chcę zrealizować swój projekt pn. Prawniczki czytają dzieciom, zorganizować dzień dawcy szpiku dla dzieciaków, zebrać grupę osób, która pomaluje szpital onkologiczny (przedstawicielka koła lex medica podsunęła nam taki pomysł, by zjednoczyć koła i wspólnie odnowić sale szpitala i w natłoku akcji nie udało się tego zrealizować, a ja teraz czuję taki niedosyt i wiem, że muszę to zrobić).

Slowlaw: Czyli wola działania nie zniknęła za wydziałowymi drzwiami 😊 W trakcie studiów robiłaś też praktyki w Prokuratorze Okręgowej w Piotrkowie Trybunalskim. Tam uczestniczyłaś m.in. w sekcji zwłok dziecka, chodziłaś na rozprawy dotyczące zbrodni ze szczególnym okrucieństwem, brałaś udział w przesłuchaniach. Czy to nie kłóciło się z Twoją wyjątkową wrażliwością na krzywdę innych ludzi?

JL: Nie, ze stu procentową pewnością mogę powiedzieć, że moja wrażliwa natura nie kłóci się z tym miejscem. Uważam, że wrażliwość u prawnika to zaleta, nie wada. Ja mówię o sobie: kręgosłup mocny, tyłek twardy, a serce niezmiennie miękkie i to mnie określa też jako prawnika. Każdy dzień w prokuraturze był dla mnie wyzwaniem i codziennie czułam, że to jest to co ja naprawdę chcę robić. Słyszałam z ust prokuratorów wielokrotnie słowa: „ma pani ogromny potencjał”.

Dokładnie pamiętam tę sekcję zwłok, o której wspomniałaś. To była pierwsza sekcja, w której uczestniczyłam. Lekarz i prokurator tłumaczyli, że gdy zrobi mi się słabo mam od razu mówić, obawiali się, że zemdleję, zastanawiali się, czy to nie przypadkiem za dużo dla mnie, by oglądać dziecko. Czułam lęk, ale wiedziałam, że to jest pora kiedy zaciskam zęby i dałam radę. Lekarz dokładnie tłumaczył co robi (jak odróżnić plamę opadową od siniaka pamiętam do tej pory), a na koniec zapytał: „lubi pani kryminały, prawda?” Nie, nie lubiłam i nadal nie lubię. Po powrocie do domu wieczorem poleciły mi łzy i widziałam twarz tego chłopca, ale po kolejnej sekcji było już zupełnie inaczej. Czułam, że śmierć jest nieodłącznym elementem naszego istnienia, to naturalna kolej rzeczy, że umieramy i że ja kiedyś może też będę leżeć na takim stole.

Pamiętam, gdy prokuratur Nowakowski zabierał mnie na rozprawy dotyczących zbrodni ze szczególnym okrucieństwem. To dziwne, ale gdy słucha się przestępcy, jego punktu widzenia to trochę zmienia myślenie. Ja zawsze w takich kwestiach byłam bezwzględna i mówiłam: dożywotnie pozbawienie wolności, ale rozprawy rządzą się swoimi prawami i każda sprawa jest bardzo indywidualna i musi zostać dokładnie zanalizowana.

Prokuratur Cegiełka zabierał mnie na przesłuchania pedofili. Zawsze dawał też do analizy akta, czasami były bardzo brutalne i trudno się je oglądało. Wcześniej zastanawiałam się jak to jest usiąść naprzeciwko przestępcy. To są często ludzie, którzy wyglądają i zachowują się naturalnie, nic ich nie wyróżnia, nie da się rozpoznać ich na ulicy. Pod koniec dnia prokurator Olejniczak odpytywała mnie z wiedzy i zawsze kończyła miłym zdaniem: „to była przyjemność”. Bardzo chciałabym za kilka lat móc być na miejscu osób, które mnie uczyły i sama edukować swoich następców, ale wiem, że do tego prowadzi mnie bardzo długo droga.

Slowlaw: A jakbyś miała coś poradzić swoim młodszym kolegom i koleżankom, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z prawem, to jak by ona brzmiała? Jak powinni wykorzystać te pięć lat?

JL: Nie byłabym sobą, gdybym nie powiedziała: walczcie o marzenia i zawsze dawajcie z siebie 100%! Studia to przepiękny okres, macie multum możliwości i korzystajcie z nich już od pierwszego roku. Mój mistrz Jacek Walkiewicz mówił: zaangażowanie jest wtedy, gdy słychać: „bardzo chcę”. Koła naukowe, organizacje studenckie to miejsca, gdzie możecie odnaleźć swoje pasje i robić coś ponad, a przede wszystkim czerpać z tego ogromną satysfakcję.

Gdy zapytałam koleżankę, co trzeba zrobić, żeby dostać się na aplikację prokuratorską, usłyszałam: „Wierzysz w cuda?”, odpowiedziałam: „No jasne!”, a ona: „To jest podstawa Asia!” Wierzcie w siebie i swoje możliwości, nigdy nie dajcie sobie wmówić, że czegoś nie da się zrobić, że jakiegoś egzaminu nie da się zdać. Studia to takie pasmo gór i czasami, żeby wejść na jedną górę, musicie sturlać się z drugiej. A i pamiętajcie: nie ma takie wiedzy, której nie warto zdobyć! Przesyłam Wam kopniaka na szczęście i trzymam mocno kciuki.

  • Share

1 Comments

  1. Natalia says:

    Asieńka robiła liczne zbiórki dla nas. A dzieci mówiły na nią anioł.

Leave a comment

Your email address will not be published.

Wyrażając swoją opinię w powyższym formularzu wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Centrum Prawa Żywnościowego A.Szymecka-Wesołowska D.Szostek sp. j. Twoich danych osobowych w celach ekspozycji treści komentarza zgodnie z zasadami ochrony danych osobowych wyrażonymi w Polityce Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Centrum Prawa Żywnościowego A.Szymecka-Wesołowska D.Szostek sp. j. z siedzibą w Warszawie.

Kontakt z Administratorem jest możliwy pod adresem biuro@food-law.pl.

Pozostałe informacje dotyczące ochrony Twoich danych osobowych w tym w szczególności prawo dostępu, aktualizacji tych danych, ograniczenia przetwarzania, przenoszenia danych oraz wniesienia sprzeciwu na dalsze ich przetwarzanie znajdują się w tutejszej Polityce Prywatności. W sprawach spornych przysługuje Tobie prawo wniesienia skargi do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych.