Dziewczyna z pasją… i z dzieckiem

Posted on

 

Prawniczki. Kobiety. Matki.

Pewnie nieraz niejedna z Was stawała przed dylematem: moja praca, moja pasja czy moje (najukochańsze) dziecko. Czemu poświecić dany moment, dany czas, swoje myśli, skupienie, spojrzenie czy ręce.

Dla niektórych być może wybór zawsze jest jasny i oczywisty. Dla innych jednak niekoniecznie, bo bycie matką nie musi oznaczać przecież zupełnej rezygnacji z siebie. Jeśli zaliczacie się do takich właśnie kobiet-matek, to znacie tę ciągłą (a przynajmniej częstą) rozterkę. Dla ewentualnie zbulwersowanych Pań zaznaczę od razu, że nie chodzi o wybory typu: kosmetyczka czy wizyta lekarska z gorączkującym maluchem ;-). To oczywiste. Chodzi o znalezienie ogólnego balansu pomiędzy: „ja” i „ono”. Niekiedy chodzi nawet (i aż) o samo uświadomienie sobie, że w życiu matki powinno być miejsce na „ja”.

Nie chcę dawać tu nikomu żadnych złotych rad.

Chciałabym Wam dodać tylko trochę otuchy oraz poczucia, że w tych rozterkach nie jesteśmy same. Po lekturze wspaniałej biografii wiem, że tym dylematem szarpane są nie tylko „wyzwolone kobiety XXI”. To jest dylemat „ponadwiekowy”.

Poczytajcie jak „szarpała się” wielka malarka XX wieku – Zofia Stryjeńska. 

Nie. Nie ma o czym gadać. Nigdzie nie pojedzie. Postanowiła. „Moje miejsce jest przy dzieciach i mężu (…) Tak! Nie oddam nikomu moich lubych myszek. Niech diabli biorą wszystko!”.

Chociaż…. Gdyby jednak pojechać? Robota zajmie nie więcej niż kilka tygodni. Będzie mieć pieniądze, zamieszka z dziećmi. I już się z nimi nie rozstanie.

Idzie na dworzec po bilety.

Za chwilę znów się waha: „Czy uczciwym jest odrzucać tak od siebie bezbronne najdroższe istoty mające prawo do miłości i opieki matki, która je na świat wydała? Czy wolno tak odsunąć z drogi brutalną ręką cudowne pąki życia? Czy aby wyrzeczenie się oglądania ich rozkosznych buziaczków i obcowania z ich najsłodszymi duszyczkami, choćby na kilka tygodni, nie będzie stratą, która nie da się powetować? Zawsze tak pragnęłam zrezygnować z malarstwa, teraz mam do tego racjonalny powód.  No cóż czekam jeszcze?  Odpiszę p. Jerzemu, że nie podejmuję się tej pracy”. Wraca więc.

„Jednak – rozważa w domu dalej – cóż za przesada właściwie. Dzieci idą w dobre ręce, będą mieć dobrą opiekę niańki i Żańci, do której mogą mieć pełne zaufanie, znając skądinąd jej wprost pedanterię w wypełnieniu obowiązków. Mój Boże, pomimo wszystkich fochów przecież są to dzieci jej brata i opieka nad nimi ułatwi jej nawet wyładowanie uczuć cieplejszych, zmagazynowanych w niebezpiecznej już ilości. A same dzieci? Właściwie cóż takie mikrokosmy mogą rozumieć, czy tam pochyla się nad nimi taka czy inna twarz….. […] Żańcia już uprzedzona listownie, a wczoraj dodatkowo telegramem, będzie czekać w Krakowie. Głupio wyglądają moje wahania! Idę na stację kupić bilety!”.

Kupione.

Walizki oddała do przechowalni na dworcu. Trudniej będzie się rozmyślić.

„Oddycham. Wracam ścieżką przez pola. Już noc, ciepła noc, świerszcze bzykają, ziemia pachnie, tak, tak… a moje pisklęta wygnane z domu. Wyrok nad nimi wydany. Matka rodzona na bruk je wyrzuca jak śmieci. Przeszkodą są do sztuki, do pacykarstwa, do zaspokojenia pychy, do nasycenia chciwości. Za srebrniki Judasza sprzedaje matka własne niewinne ofiary. Żywe serduszka podeptane dla szatańskiej ambicji…. Nie! – Nie mogę tak postąpić. Nie powinnam znieść ani chwili myśli popełnienia takiego okrucieństwa! Stop! Wracam na dworzec, oddam kasjerowi bilety, odbiorę toboły, zostanę z dziećmi. Szlag by trafił całą sztukę. Szlag by trafił wszystkie problemy!… Moje ślicznotki, moi syneczkowie, sierotki moje biedne…”.

Bilety – podarte.

„Chociaż… niedobrze robię, depcząc tak kategorycznie całą przyszłość. Czyż to mało ludzi poświęcało swe osobiste pragnienia w ofierze większemu dziełu? Cóż są dzieci! Pospolita rzecz. Wychowują się, urosną i pójdą w świat, a legenda prasłowiańska o zmierzchłych bogach, która mogła być obwieszczona, zginie razem z moją młodością. O jak źle czynię, sprzedając swoją lutnię za syty spokój mieszczański. Bogowie mszczą się.”

Znów stoi przy kasie.

„Ale […] tu chodzi o los żyjących istot. Wracam do nich i kwita. Postanawiam pilnie odebrać toboły i skończyć z tym całym wyjazdem […] Następnego dnia po męce całonocnej kupiłam nowe bilety, odwiozłam dzieci na Starowiślną, po czym pojechałam do Warszawy służyć słowiańskim bóstwom.”

 

Źródło: Angelika Kuźniak „Stryjeńska. Diabli nadali” wyd. Czarne, 2015

0 Comments

Leave a comment

Your email address will not be published.

Wyrażając swoją opinię w powyższym formularzu wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Centrum Prawa Żywnościowego A.Szymecka-Wesołowska D.Szostek sp. j. Twoich danych osobowych w celach ekspozycji treści komentarza zgodnie z zasadami ochrony danych osobowych wyrażonymi w Polityce Prywatności

Administratorem danych osobowych jest Centrum Prawa Żywnościowego A.Szymecka-Wesołowska D.Szostek sp. j. z siedzibą w Warszawie.

Kontakt z Administratorem jest możliwy pod adresem biuro@food-law.pl.

Pozostałe informacje dotyczące ochrony Twoich danych osobowych w tym w szczególności prawo dostępu, aktualizacji tych danych, ograniczenia przetwarzania, przenoszenia danych oraz wniesienia sprzeciwu na dalsze ich przetwarzanie znajdują się w tutejszej Polityce Prywatności. W sprawach spornych przysługuje Tobie prawo wniesienia skargi do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych.